74.90 zł
Produkt chwilowo niedostępny

Format: VINYL

Data premiery: 07.03.2011

Label: MATADOR

MATADOR

Czwarty, ale drugi dla firmy Matador barda z Filadelfii, o którym w samych superlatywach wypowiadają się takie znakomitości, jak Sonic Youth, Panda Bear, The National czy J. Mascis z Dinosaur Jr. 


Kurt Veil to jak najbardziej prawdziwe imię i nazwisko 31-letniego piosenkarza i gitarzysty, a skojarzenia z legendarnym niemieckim kompozytorem i współpracownikiem Bertolda Brechta Kurtem Weilem są niezamierzone i przypadkowe. Ten amerykański Veil, kiedyś na co dzień pracujący jako operator wózka widłowego, a w chwilach wolnych namiętnie nagrywający swoje piosenki w domowym zaciszu zwrócił na siebie uwagę szefów Matadoru w 2008 roku po opublikowaniu wraz z Adamem Granducielem pod szyldem War On Drugs albumu „The Wagonwheel Blues". Wcześniej jego autorskie płyty - „Constant Hitmaker" czy „God Is Saying This To You" - publikowały maleńkie niezależne firmy. To zmieniło się po 2008 roku i o ile poprzedni album Veila „Childish Prodigy" można uznać za początek właściwej, profesjonalnej kariery piosenkarza, to „Smoke Ring For My Halo" z pewnością zasługuje na miano przełomowego i godnego równie bacznej uwagi, jaką niedawno poświęcono nowej płycie Ariel Pink's Haunted Graffiti. Mało kto bowiem na współczesnej scenie indierockowej z taką oryginalnością potrafi łączyć tradycje folkowych bardów w rodzaju Pete'a Seegera czy wczesnego Boba Dylana, pieśniarzy- poetów od Leonarda Cohena po Nicka Drake'a i osadzonego w folku rocka z okolic Toma Petty'ego czy Billa Callahana (Smog). Wprawne ucho także bez trudu wychwyci w barytonie Veila coś z maniery Lou Reeda, choć bez charakterystycznej dla legendarnego nowojorczyka nuty cynizmu. „Smoke Ring For My Halo" jest pod jednym jeszcze względem płytą ważną, jeśli nie najważniejszą w dotychczasowej dyskografii Veila. A mianowicie, pod opieką renomowanego producenta Johna Agnello (Sonic Youth, Dinoasur Jr.) i z towarzyszeniem stałego zespołu akompaniującego, w którego składzie znajdujemy również wspomnianego Adama Granduciela, piosenkarzowi udało się poskromić dawną skłonność do nadmiernego eklektyzmu w doborze repertuaru i słabość do neopsychodelicznych, niekiedy wręcz „stonerskich" klimatów. W efekcie nowy album zyskał niespotykaną wcześniej na płytach Veila spójność stylistyczną, klarowną przestrzenność brzmienia i wyciszoną refleksyjność. To jedna z tych płyt, które w pełni zasługują na miano ponadczasowych.