49.90 zł
Dodaj do koszykaDodaj do koszyka

Czas wysyłki: Wysyłka w 24h

Koszt dostawy:

  • Odbiór osobisty gratis
  • Przesyłka od 7.50 zł

Format: CD

Data premiery: 25.01.2010

Label: EPITAPH

EPITAPH

Siódmy album grupy wokalisty i gitarzysty Britta Daniela z Austin w Teksasie: jak zawsze, znakomity, ale szokująco inny niż wcześniejsze „Gimme Fiction" i „Ga Ga Ga Ga Ga".

Inny, znaczy tu bardziej rockowy, jakby świadomie cofający się do czasów, gdy w studiach nagraniowych królowały cztero- i ośmioślady, gdy świeżo upieczone gwiazdy rocka eksperymentowały z stereo, gdy efekty dźwiękowe uzyskiwało się poprzez różne zabawy z taśmą, a całość po nagraniu brzmiała jakby zarejestrowana została na żywo. Spoon chwilami - no, prawie na połowie materiału! - poszli jeszcze dalej, w części utworów zachowując atmosferę ni to próby w studiu, ni to nagrań demo. Bywa, że nagle utwory urywają się „w pół zdania", bywa, że w trakcie nagrania następuje raptowny zwrot akcji i prowadzoną przez wokalistę melodię zastępuje partia improwizowana: jak choćby w „I Saw The Light", „Out Go The Lights" czy „Nobody Gets Me Like You". Transference przywołuje na myśl ten ulotny moment przejściowy z połowy lat 60., gdy najwybitniejsze rockowe zespoły tamtej epoki - The Beatles, The Who czy The Kinks - zostawiały za sobą czasy dominacji singla i dojrzewały do nagrania swych pierwszych albumów koncepcyjnych; gdy rock z doznania czysto fizycznego zaczął świadomie odwoływać się do bardziej kompleksowych zdarzeń i doświadczeń emocjonalnych i psychologicznych, a więc - dążyć do oddziaływania na słuchacza już nie na poziomie czysto biologicznym, lecz estetycznym i intelektualnym.
Spoon na „Transference" proponuje jakby odwrócenie tamtego procesu sprzed 45 lat, za swój punkt odniesienia przyjmując dwa własne, bardzo wyrafinowane artystycznie albumy „Gimme Fiction" (2005) i „Ga Ga Ga Ga Ga" (2007). Dekonstrukcja czy de-ewolucja, jakiej efektem jest „Transference", została przez Daniela przeprowadzona ze zwykłą dla niego perfekcyjną precyzją, ale też ze swoistą przewrotnością. Bowiem jego celem bynajmniej nie był powrót do młodzieńczej witalności i zaczepności „Rubber Soul", „Revolver", „Something Else By The Kinks" czy „Who's Next", a już na pewno nie nagranie albumu w stylu retro, a już - nie daj Boże - lo-fi. Wręcz przeciwnie. Lider Spoon dostrzegł prawdopodobnie w archaicznych brzmieniach i technikach nagrywania płyt jakiś schizofreniczny rys, który uznał za idealny punkt wyjścia do stworzenia czegoś o wiele bardziej mrocznego i niepokojącego, doskonale współbrzmiącego z jak najbardziej nam współczesną wrażliwością. W „Transference" odwołał się więc do czegoś bardziej pierwotnego i wykreował sekwencję osobliwych emocjonalnych pejzaży, jakby skopiowanych wprost z mocno skonfundowanej, czy wręcz upośledzonej podświadomości.
Kluczem do zrozumienia intencji Daniela jest tytuł płyty. We freudowskiej psychoanalizie termin „Transference" (pol.: przeniesienie) oznacza projekcję przeżycia, emocji czy wyobrażenia z wczesnego dzieciństwa na osobę, z którą jest się w aktualnej relacji, na przykład z matki lub siostry na żonę lub partnerkę, co - dodajmy - z pewnością nie przyczynia się do trwałości związków uczuciowych. Na poziomie terapeutycznym analogiczna projekcja może nastąpić wtedy, gdy szukający pociechy po nieudanym związku pacjent podczas terapii przeniesie swoją minioną relację uczuciową na swego analityka. Kłopot zaczyna się wtedy, gdy naturalną intymność podczas seansów terapeutycznych uzna on za przejaw miłości. Brzmi to może ciut zawile, ale już po pierwszym przesłuchaniu tej wybitnej (tak!) płyty wszystko stanie się jasne. A to dlatego, że - mimo ostrego zwrotu stylistycznego - „Transference" ani na jotę nie utracił charakterystycznej dla Spoon komunikatywności i czytelności przekazu.