69.90 zł
Dodaj do koszykaDodaj do koszyka

Czas wysyłki: Wysyłka w 24h

Koszt dostawy:

  • Odbiór osobisty gratis
  • Przesyłka od 14.00 zł

Format: VINYL

Data premiery: 10.09.2012

Label: WARP

WARP

Po doskonale przyjętym albumie „Yellow House" (2006) i prestiżowych trasach z Radiohead, TV On The Radio czy Feist, grupa Grizzly Bear wraca na scenę z nowym albumem, urzekającym, jak zawsze, swym nieziemskim pięknem, ale też dojrzalszym i muzycznie doskonalszym.


„Veckatimest" (indiańska nazwa pożyczona od maleńkiej, bezludnej wysepki położonej nieopodal Cape Cod) to jakby właśnie egzamin dojrzałości zespołu stworzonego pierwotnie jako jednorazowy projekt przez pochodzącego z Bostonu wokalistę Eda Droste'a i perkusistę Christophera Beara. Projekt okazał się tak udany, że obaj przyjaciele postanowili nie rozstawać się z nim przedwcześnie. I słusznie, bowiem Grizzly Bear niemal przebojem wpisał się - po opublikowaniu debiutanckiego „Horn Of Plenty" (2004) - do elity indie-rocka, tej spod znaku Animal Collective, Sufjana Stevensa czy Band Of Horses. Akustyczne i półakustyczne brzmienia, kunsztowne harmonie wokalne i lekko oniryczny liryzm przywołują erę psychodelicznego rocka lat 60. (Beach Boys, The Beatles), ale mocno przefiltrowanego przez bardziej nam współczesne stylistyli lo-fi i nowego folku. Mimo napiętego w ostatnich latach kalendarza, Droste'owi, Bearowi, grającemu na instrumentach dętych i basie Chrisowi Taylorowi (także producentowi płyty) oraz wokaliście i gitarzyście Danielowi Rossenowi (równolegle członkowi zespołu Department Of Eagles) udało się jednak wreszcie ukończyć trzeci album , którego zarys powstał w domu babci lidera na Cape Cod, a który ostateczny szlif uzyskał w nowojorskim kościele, co być może wpłynęło na zaznaczenie się w muzyce wyczuwalnego elementu pewnej duchowości. Tak czy inaczej, efekt jest olśniewający. Niby wszystko jest po staremu, podobne jak dawniej słodko-gorzkie klimaty, stonowane emocje i pastelowa kolorystyka, ale daje się też zauważyć śmielsze sięganie do innych konwencji i poetyk muzycznych. „Dory" na przykład wydaje się być lekko inspirowany operą, kilka zaś innych utworów (w tym poruszający „Ready, Able") jawnie sięga do muzyki kameralnej. Może to wszystko już było, no bo - jak twierdzą malkontenci - w muzyce rockowej i pop wszystko ponoć już było. Tyle, że Grizzly Bear robią to inaczej, po swojemu i o wiele lepiej i ciekawiej niż mnóstwo pokrewnych im wykonawców.